Deviant Login Shop  Join deviantART for FREE Take the Tour
×

More from deviantART



Details

Submitted on
November 27, 2012
File Size
23.1 KB
Link
Thumb

Stats

Views
47
Favourites
0
Comments
0
Downloads
1
×
,,To była Bitwa…''
    To było nasze wzgórze. Nasz dom, ostoja, spokojne miejsce zabaw.  Jednak pewnego razu natknęliśmy się na grupę „Bobrów".  Nie chcieliśmy wojny, my " Irbisy" nigdy nie mieliśmy przeciwników. Jednak nieznajome, wrogo nastawione „Bobry", same chciały zdecydować o losie „Wzgórza". Chcieli zabrać nam nasz ukochamy plac zabaw. Nie mieliśmy wyboru. Walka była nieunikniona.
    Był miły słoneczny poranek, jak zawsze o 10.00 rano zbieraliśmy się pod „Wzgórzem". Znajdowało się ono w przerzedzonym, malutkim lasku w kształcie kwadratu, który leżał między czterema domami: Marka, Niny, Felka i moim. Dalej znajdowały się domki Kasi, Tymona, Tośki, Pawła i małego Stasia. Nasze domy miały żółte ściany i czerwone dachówki. Wszystkie leżały obok siebie, tak że do „Wzgórza" można było się dostać tylko przez dwie szczeliny między domami. Cały lasek był ogrodzony, zardzewiałym, stalowym ogrodzeniem.  Na "Wzgórzu" rosły dwie małe jabłonki, trzy malutkie lipki, a cały pagórek otaczała rzeczka, niczym fosa, w której  woda była krystalicznie czysta, zimna i rześka. Na samym szczycie „Wzgórza"  rosło duże dębowe drzewo, zawsze zielone w lato i silne na zimę. Na tym drzewie zrobiliśmy sobie drewniany domek, w którym znajdowały się wszystkie dokumenty naszego klanu, oraz zapiski z misji i opisy zabaw. Ponieważ znajdował się on wysoko, to by się do niego dostać przywiązaliśmy drabinkę do niższego konaru, na którym była huśtawka, zrobiona z czarnej, giętkiej opony.  Tylko ja umiałam wspiąć się po drzewie aby zrzucić drugą drabinkę na ziemię tak żeby inni mogli wejść na drzewo.
    Rozpoczęłam apel ogłaszając uroczystym tonem:
Razem z Kasią, odbyłyśmy zwiad na terenie „Bobrów" pod Czarną Topolą obok  „Bagien Mglistych", znajdujących się 8,5 kabla od naszej bazy- zaczęłam - Nieprzyjaciel się przegrupowuje, powiększa szyki. Siedmiu zbrojnych i dziesięciu wolnych piechurów przygotowuje się do wyprawy wraz z Thorinem, przywódcą grupy. Nie możemy pozwolić sobie na klęskę! Każdy dostanie swoje zadanie. Oficerze Kasiu, Podporuczniku Nino i Komendancie Pawle, chodźcie ze mną do domku. Przygotujemy plan bitwy.
I tak jak powiedziałam za chwilę zebraliśmy się  wszyscy razem w domku. Usiedliśmy na niskich, drewnianych stołkach, przy okrągłym stoliczku. Wyjęłam mapę lasu i bliskich okolic, którą skrzętnie namalowałam. Wskazałam palcem na obóz „Bobrów":
- Tu znajduje się baza wroga. Będą chcieli dostać się do naszego lasku, poprzez dwie szczeliny między domami. Trzeba temu zapobiec. Musimy się zabarykadować. Oficerze zbierz jednostki i rozkaż wyrobić  w przejściach mury z piasku. Byle by były grube i wysokie- powiedziałam, po czym Kasia wyszła. - Gdy wróg przejdzie przez barykadę, co jest bardzo możliwe, zapewne przypuszczą atak…
-Tak, ale nie przebiją się przez rzeczkę. Nasze „Wzgórze" jest w tym miejscu bardzo strome. Aby się na nie dostać trzeba przeskoczyć przez rzekę. Jeśli rozkopiemy, ziemię dookoła rzeczki, będzie trudniej dostać się na „Wzgórze"- powiedziała Nina.
Cała trójka znieruchomiała. Słońce radośnie wpływało przez nasze okienko. Słychać było śpiew ptaków. Spojrzałam na dziewczynę. Ta szybko się zarumieniła.
–Masz rację, podporuczniku. Jednak, jako wasz  Kapitan i Przywódca proszę mi nie przerywać w zdaniu-powiedziałam. –Trzeba zebrać zapasy żywności. Jako trzynastoosobowa drużyna musimy coś jeść podczas wojny. Przewiduję, że będzie ona trwała około dwóch godzin. „Bobry" nie mogłyby cały czas atakować, a my jesteśmy nieugięci. Pewnie rozbiją tymczasowy obóz, aby odpocząć. Po odległości obozu „Bobrów" do naszego lasku, oraz tego, że nie są jeszcze przygotowani, wnioskuję, że bitwa zacznie się około godziny osiemnastej. Tak więc mamy dwie godziny czasu. To dość mało. Mój plan opiera się na elemencie zaskoczenia, więc  nie możemy rozpalić ogniska. Kiedy „Bobry" przejdą przez północną barykadę  pomyślą, że się poddaliśmy, gdyż wszyscy będziemy siedzieć w dobrze zakamuflowanym liśćmi, domku. Zdejmiemy wszystkie drabinki. Na nasze szczęście „Bobry" nie wiedzą nic o naszej bazie na drzewie. Naszą amunicją  będą zgniłe śliwki , jabłka, szyszki oraz pomidory. Będą szli powoli, wśród leśnej gęstwiny, spodziewając się rychłego ataku. Gdy podejdą tu- wskazałam na mapie rzekę- zapewne miną ich obawy, że ktoś może ich zaatakować…
-Ale nie zdążymy wtedy ich postrzelić! Poza tym skąd mamy pewność, że będą próbowali przebić się przez barykadę z północy? Mogą zaatakować z obu stron aby nas zmylić. Na dodatek, gdy dojdą do potoku będzie już za późno na atak! Pobiegną szybko na szczyt wzgórza, a ponieważ jest ich więcej nie wygramy w walce wręcz!- wykrzyknął Paweł.
-Tu właśnie się mylisz, komendancie! Na tym polega mój plan. Gdy dotrą do rzeki, pomyślą, że już wygrali , że opuściliśmy to miejsce jak tchórze-powiedziałam.- Właśnie będą myśleć tak jak ty, że już nic ich nie zaskoczy. Jednak zanim przekroczą rzekę, wpadną w nasze pułapki, ustawione przy brzegu. Liny z pętlami, sieci, spadające z drzew torby ze zgniłymi owocami . Gdy już pojmą co się stało, nie będzie odwrotu!
Wszyscy zgodzili się z moim planem. Odeszliśmy od stoliczka. Rozeszliśmy się więc, wydając i wykonując polecenia. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że "Bobry" też mają swój chytry plan.
    Wieczorem zebraliśmy się nad potokiem.
-Wszystko przygotowane?- zapytałam Kasię.
-Tak, już od dawna- odparł Oficer.
-Dobrze. Stasiu, pójdź na zwiady, przez szczelinę i zobacz czy już idą- rozkazałam.
Podciągnęliśmy więc Stasia, tak żeby mógł przedostać się przez zaporę, którą zbudowaliśmy. Maluch zniknął za zakrętem. Lecz za chwilę biegiem, wrócił. Wdrapał się na zaporę, zeskoczył z niej i wykrzyknął:
-Już są! Widać ich gołym okiem. Za parę minut tu będą!
-Uformować szyki!- powiedziałam.-Do domku marsz!
Cała nasza grupa pobiegła w stronę drzewa, na którym była nasza drewniana chatka. Wdrapaliśmy się po długiej starej drabince. Ja wspięłam się ostatnia. Gdy wspięłam się na konar, zwinęłam drabinę i weszłam do dobrze ukrytej liśćmi chatki. Z dołu nie było jej widać, nawet jak wyostrzyło się wzrok. Na drzewie było tyle liści, a przy tym był to bardzo bujny dąb. Na nasze szczęście było ciemno, więc nie było widać pułapek. W ogóle mało  co było widać. Sowy cicho pohukiwały. Ptaki prowadzące dzienny tryb życia, zamilkły. Nastąpiła niepokojąca ,,cisza przed burzą''. Uklęknęliśmy przed okienkami, gotowi do ataku. Mieliśmy strzelby na ziemniaki, chodź używaliśmy jabłek, oraz proce w które ładowaliśmy śliwki, szyszki i żołędzie. Pomidory rzucaliśmy rękoma. Sprawdziłam czy są wszyscy:
- Kasia, Nina, Staś, Felek, Tymon, Tośka, Paweł, Gregor, Antoni, Lusia, Piotrek, ej gdzie jest Marek?!
Wszyscy zdrętwieli. Marek? Był szeregowym tak jak Staś ale zawsze był pracowity.
-Nie wiem! Nie widziałam go!-krzyknęła Nina.
-Ja też!-powiedział Piotr.
-I ja!- krzyknął Staś
- Trudno, może stchórzył. Musimy poradzić sobie bez niego-powiedziałam.
Tak naprawdę wiedziałam, że Marek by nie stchórzył. Był dzielny, ale nigdy nie dostał wyższej pozycji w drużynie. Nie lubili go. Wiedziałam, że był dobrym żołnierzem. Nagle usłyszeliśmy odgłosy trąbek. Zrozumieliśmy, że „Bobry" zbliżają się. Przeszedł mnie dreszcz. Bałam się, lecz jako przywódca grupy nie mogłam tego okazać. To złamałoby ducha moich kompanów. Słyszałam już cichy śmiech Thorina, przywódcy Bobrów. Teraz zrozumiałam ,że podjęłam zbyt duże ryzyko. Widziałam jak wróg próbował przejść przez szczelinę, niemalże czułam zimny oddech Bobrów na swoim karku. Nie! Nie mogłam sobie pozwolić na chwilę słabości.
-Przedostali się już przez barierę?-zapytałam.
-Nie. Chwila? Co oni robią? Wycofują się? To nie możliwe!-zgłosił Piotr.
-Jak to?-podeszłam do okna.- Rzeczywiście. Dziwne, bardzo dziwne.
Zastanawiałam się co robić. Czyżby Bobry sobie odpuściły? Nie! To musiała być chytra zasadzka.
-Idę to zobaczyć-powiedział Paweł.
-Nie stój! Oni właśnie chcą nas sprawdzić. Musimy czekać.-powiedziałam.
Miałam rację. Trzeba było czekać. Jednak po piętnastu minutach zdecydowaliśmy, że coś jest nie tak. Wciąż dręczyła mnie myśl ,,Co robić''? Musiałam zdecydować. Siedzieliśmy tak w ciemności. Nie mogliśmy wyjść. Bobry musiały gdzieś się czaić. Gdy nagle zobaczyłam je. Stali na dachu jednego z pobliskich domów. Włamanie na posesję? Tego już było za dużo! Bobry nie miały manier, nie grali uczciwie. Bardzo chciałam coś zrobić. Wtedy zobaczyłam na dachu Thorina.
-Patrzcie tam są!-szepnęłam.- Chcieli nas zmylić żebyśmy pomyśleli, ze się poddali.
-Jak to? Czemu się wtedy wycofali? Nic nie rozumiem!-odrzekł Staś.
Thorin trzymał w ręku spory kawał sznura zakończonego hakiem. W końcu zrozumiałam o co chodzi.
-Nie! Kto mu powiedział?! Ktoś nas zdradził?!-krzyknęłam.
-Jak to? Obwiniasz nas o zdradę?! Nikt kto jest w tym domku nie może być zdrajcą.-powiedziała Kasia.
Spojrzeliśmy po sobie. Odpowiedz była mi już znana, jednak nie mogłam być do końca pewna.
-Nie to nie może być Marek! On by się do tego nie posunął!- powiedziałam.
-Wiemy, że go lubisz ale taka musi być prawda.-powiedział Felek.
-Nie. Nie mamy jeszcze dowodów. Może jest chory albo pojechał do krewnych.- stwierdziłam
-Patrzcie!-krzyknęła Nina gdy Thorin rzucił linę, która zahaczyła o dąb.
Bobry chciały przejść po linie, unikając naszych sprytnych pułapek. Poczułam, że się pocę.
-Nie możemy pozwolić im przejść! Ktoś musi przeciąć linę.-odparłam
-Utworzyć szyk bojowy! Na mój znak wszyscy wyjdą z domku. Czeka nas walka!-krzyknął Paweł
-Ja, ja to zrobię-cicho powiedział Staś.
Wszyscy spojrzeli na Stasia.
-Nie, nie ty Stasiu. Jesteś jeszcze za mały.-odparła Nina.-Lepiej zostań w domku.
-Ale ja…-powiedział Stasiu , lecz usiadł przygnębiony.
-Piotrze ty to zrobisz.-powiedziałam.
-Dobrze!-odparł Piotr po czym wyszedł cicho z domku.
Widziałam, że wszystkie Bobry wisiały już na linie. Próbując przedostać się na druga stronę. Podeszłam do Stasia szepcząc ciche ,,Nie martw się''. Jednak to nie poprawiło mu humoru.
-Na mój znak….Teraz! –krzyknęłam.
Piotr odciął linę a my wysypaliśmy się z domku w pełnym rynsztunku.
-Za Wzgórze!-krzyknęłam.
-Za Wzgórze!-powtórzyło paręnaście głosów.
Ruszyliśmy do walki. Widziałam Bobry spadające na ziemię.  Wielu z nich walczyło dzielnie. Dopiero teraz zauważyłam iż są oni od nas więksi i silniejsi. Większość z nich to byli chłopcy. Ja walczyłam z pewnym osiłkiem o wielkich muskułach. Był ogolony do łysa. Silnym kopnięciem powaliłam go za ziemię po czym krzyknęłam do naszej grupy:
-Dziewczyny ustawić się przy rzece. Oddajcie im proce i strzelby! Chłopcy na pierwszą linię!
Jednak sama pobiegłam za chłopcami. Mając za pasem parę owoców celowałam nimi we wszystkich, biegłam jak umiałam najszybciej. Widziałam jak biedny Felek nie może sobie poradzić z jednym „Bobrem". Podbiegłam do wroga, rzucając mu miękkim owocem w twarz. Ten z wściekłości krzyknął:
-Dostaniesz za to! Ty, ty…!
Jednak zanim dokończył, dostał malutkim żołędziem Kaśki, prosto w głowę, po czym upadł. Przybiliśmy sobie z Felkiem piątkę. Widziałam jak jeden z „Bobrów" rzucił się na Tymona, jednak zanim zdążyłam coś na to poradzić przyjaciel upadł cicho na ziemię. Czarny spowity łuną blasku księżyca las, patrzył na nas srogo. Daleko stąd pohukiwała sowa, tak jakby wciąż komuś dopingowała, lecz ja czułam już gorzki smak przegranej. Mimo odwagi wiedziałam, że „Bobry" mają przewagę. Antoni został perfidnie zapędzony do  jednej z naszych pułapek. Kasia leżała na ziemi przy bujnych krzakach ostrokrzewu, pewnie została ogłuszona przez jakiegoś  zdradzieckiego „Bobra". Lusia leżała na ziemi z Gregorym, który trzymał ją za rękę. Zostało nam jeszcze siedmiu członków klanu „Irbisów", prócz mnie i Stasia, który siedział w domku. Niestety „Bobrów" było aż czternaścioro. Jednak się nie poddałam. Mimo, że mieli przewagę liczebną, niekoniecznie oznaczało to ich wygraną.
-Nie poddawać się! Walczycie o honor „ Irbisy"!-krzyczałam.
To trochę podniosło ich na duchu. Ja pędziłam po całym polu walki pomagając przyjaciołom.  Próbowałam znaleźć wśród gwaru wojny, przywódcę „Bobrów", jednak nie mogłam go odszukać. Nagle ujrzałam go, wchodzącego po naszej drabince. Podbiegłam do niego ile miałam sił w nogach.
-Czyżby Thorin syn Thora bał się walki?-zapytałam.-Czymże jest więc grupa „Bobrów" znanych ze swej siły, gdy mają za przywódcę syna wojny, który boi się swej natury?
Thorin spojrzał na mnie spode łba.
-No chyba sobie żartujesz!-rzekł.
Dopiero, gdy zeskoczył z drabiny, zobaczyłam jaki jest arogancki i przystojny. Miał bujne, czarne włosy, niebieskie oczy i pachniał morzem. To wszystko mnie zauroczyło, jednak nie dałam ponieść się emocjom.
Zobaczyłam jak na górze Staś, odcina drabinkę, żeby Thorin nie mógł dostać się do domku. Thorin jednak udawał, że wcale tego nie zauważył. Krążyliśmy obok siebie czekając aż któreś z nas zaatakuje. Zapadła kompletna cisza. Wszyscy na polu bitwy spojrzeli w naszą stronę. Zebrała się we mnie odwaga, czułam, że wygram tę bitwę. Rzuciłam się w jego stronę:
-Niech ta walka przesądzi o losie „Wzgórza"!-odrzekłam.
Thorin zrobił szybki unik, okrążył mnie i kopnął w plecy. Upadłam obolała na ziemię. Mój oddech stał się szybki, serce zaczęło mi mocno bić. Wtedy go zobaczyłam, przede mną stał Marek. Miał na sobie czerwoną bluzę i szare dżinsy. W lesie jeszcze bardziej pociemniało. Śmiał się.
-W twojej grupie byłem zwykłym szeregowcem a tutaj jestem zastępcą kapitana.-powiedział. Myślałaś, że wam pomogę?! Przecież to wy się ze mnie wyśmiewaliście! Nic dla ciebie nie znaczyłem!
-Marek, jak ty mogłeś to zrobić?-powiedziałam.-Zdradziłeś nas wszystkich! Zdradziłeś swoją Ojczyznę-nasz lasek! Jak mogłeś? A ja ci ufałam!
-Oddaj mi hołd i „Wzgórze" to może cię oszczędzę-zagrzmiał śmiech Thorina.-Jeszcze trochę, a reszta „Irbisów" też przejdzie na moją stronę, gdy uznają swoją klęskę!
-Wolałabym umrzeć za to miejsce niż oddać je w twoje brudne łapska.-powiedziałam.
Wstałam, obróciłam się w jego stronę i plasnęłam mu w twarz zgniłym owocem i błotem. Cała moja kompania zaczęła się śmiać. Thorin był wściekły. Dał ręką jakiś znak i każdego z klanu „Irbisa" otoczyło dwóch „Bobrów". Tylko ja mogłam to jakoś odkręcić. Musiałam posłużyć się moim sprytem. Spojrzałam na drzewo i w moich myślach utworzył się dość ciekawy plan.
-No i co teraz powiesz?-zapytał Thorin.
-Masz rację Thorinie, rzeczywiście jesteś najsilniejszym  wodzem jakiego widziałam. –zaczęłam mu schlebiać. Kapitan „Bobrów" uśmiechnął się. Złapał haczyk.
-Skoro tak sądzisz…-rzekł.
Wiedziałam, że pycha Thorina jest większa niż jego rozsądek. To właśnie ona zrzuca ludzi w ciemną otchłań samouwielbienia i głupoty. Wódz  rozluźnił się, opuściła go czujność. Czekałam na ten moment. Złapałam konar drzewa i zaczęłam się wspinać.
-Łapać ją! Łapcie tą sprytną żmiję!-krzyczał wódz.
Zrobił to za późno. Byłam już na górze. Tylko ja umiałam się wspiąć po tym drzewie. Bobry puściły moich przyjaciół i próbowały wspiąć się na drzewo, ale byli bezsilni. Czułam, że wypełnia mnie odwaga. Tu na górze byłam bezpieczna. Klan „Irbisów" znów kontynuował walkę.
-Nie bez powodu przezywają mnie Reja Inkimaja- ta, która sprytem pędzi ponad niebo.
Pobiegłam do domku. Otworzyłam drewniane drzwi. Zobaczyłam tam Stasia.
-Tchórz! Tchórzliwa fretka!-krzyczał do mnie Thorin, jednak nie zwracałam na to uwagi.
-Stasiu, czemu się smucisz? Chodź pomożemy naszym towarzyszom. –powiedziałam.
-Nie, oni mnie nie chcą.-odrzekł Stasiu,
-Nie zatracaj się w sobie tak jak Marek. Jesteś bardzo ważny w naszej drużynie.-wyjaśniłam mu.
-Tak sądzisz? Nie, lepiej nie. Jestem jeszcze za mały.-upierał się maluch.
-Jak chcesz-powiedziałam otwierając drzwi.-Ja w ciebie wierzę.
Wyszłam, zamierzałam wykonać atak z powietrza na jednym z „Bobrów". Była już noc. Wszystkie zwierzęta się pochowały.  Nasza drużyna przegrywała. Wróg miał przewagę.
-No proszę! Jednak nie stchórzyłaś-powiedział nagle Thorin za moimi plecami, co bardzo mnie przestraszyło.- Nasza mała, sprytna sówka.
-Myślisz, że poddam się bez walki? Głupiec z ciebie.-rzekłam.
Gdy miałam rzucić w niego szyszką, w jednej chwili parę żołędzi uderzyło mnie w głowę. To wyprowadziło mnie z równowagi. Thorin to wykorzystał i popchnął mnie na inny konar. Ta walka była bardzo niebezpieczna, mogłam spaść z drzewa. Nie miałam siły wstać. Wyglądało na to, że przegrałam. Lecz w tym momencie na Thorina, rzucił się, nie kto inny jak Staś! Przeturlali się po konarze drzewa. Potem stało się coś co zmroziło mi krew w żyłach. Obaj chłopcy spadli z dębu. Zeszłam na ziemię. Podbiegłam do Stasia.
-Oddycha!-stwierdziłam z ulgą.
Chwilę potem wstał, jednak wódz „Bobrów" leżał nieruchomo. Nie, nie umarł. Zemdlał.
-Zwycięstwo!-krzyknęłam podnosząc rączkę Stasia.
-Zwycięstwo!-powtórzyły „Irbisy".
Wróg wycofał się, aż w końcu zniknęli za szczeliną. Wróg na zawsze pokonany. Dopiero teraz Thorin się ocknął. Wstał, panicznie rozglądając się na boki. Potem uciekł z krzykiem. Wiwatowaliśmy, wszyscy razem. Potem rozeszliśmy się do domów, do łóżek. Ciemny las już nas nie straszył. Cichy powiew wiaterku, wzbudził melancholijny szum liści naszego starego, kochanego dębu. To była prawdziwa Bitwa!
Wymyśliłam, napisałam.
No comments have been added yet.

Add a Comment: